Historia Bartka

Są ludzie, którzy twierdzą, że w życiu “nie o to chodzi by złapać króliczka, ale by gonić go”. Jednak moim zdaniem mało rzeczy daje tak wiele radości, jak odnalezienie czegoś, czego się długo poszukiwało, a przede wszystkim, czego się bardzo pragnęło.

Odkąd sięgam pamięcią, czegoś w życiu poszukiwałem. Sam dokładnie nie zdawałem sobie sprawy, czego, ale szukałem. Czułem, że mojemu życiu potrzebne jest coś, co uczyni je naprawdę pełnym. Podświadomie wiedziałem, że nie znajdę tego u ludzi. Zacząłem więc szukać u Boga. Różnie jednak wyglądały te moje poszukiwania.
Przez większość mojego dzieciństwa wychowywała mnie mama. Zawsze w jakiś sposób kładła nacisk na Boga i On był obecny w moim życiu (w niedzielę, w święta a czasem nawet w taki zwykły szary dzień). Mnie jednak cały czas czegoś brakowało i może dlatego moje poszukiwania w pewnym okresie zamieniły się w poszukiwanie Boga. Zacząłem mocno interesować się religiami wschodu i mógłbym nawet powiedzieć, że “otarłem” się o sekty. Dość szybko zawróciłem z tej drogi i nawet wydawało mi się, że teraz jestem na właściwej. Wciąż jednak towarzyszyło mi pewne odczucie niezadowolenia. Pamiętam jak wielokrotnie modliłem się, aby Bóg pozwolił mi być tak dobrym, abym w pełni zasłużył na miano człowieka. Mimo najszczerszych chęci i mocnych postanowień nie potrafiłem żyć tak by podobać się sobie, o Bogu nie wspominając.

kosciolGdy byłem na trzecim roku studiów, trochę przez przypadek trafiłem na koncert organizowany przez grupę chrześcijan. To było moje pierwsze tego typu doświadczenie i strasznie podobało mi się, że można śpiewać o Bogu. Kilka dni później miałem okazję porozmawiać z niektórymi osobami z grona organizatorów. To, co wtedy usłyszałem było dla mnie nie lada zaskoczeniem a jednocześnie odpowiedzią na dręczące mnie pytania. Dowiedziałem się, że Biblia mówi, iż człowiek nigdy nie pokona “bariery” grzechu w oparciu o własne siły. Ale dowiedziałem się też, że jest rozwiązanie – Jezus Chrystus, który przyszedł na ziemie, aby umrzeć również za moje grzechy. Pamiętam te słowa: Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną. (Apokalipsa 3:20) Wiedziałem, że klamka tych drzwi jest tylko po mojej stronie – postanowiłem ją nacisnąć.
Pamiętam dokładnie: to był 29 marca 2001 roku, kiedy postanowiłem powiedzieć TAK Chrystusowi. Prosiłem Go by przebaczył moje grzechy, oddałem Mu siebie w stu procentach, ponieważ pragnąłem, aby czynił moje życie takim, jakim On chce, aby było.

Gdy zaprosiłem już Jezusa do swojego życia, ani nie rozległ się dźwięk fanfar, ani też nie pojawiły się chóry anielskie wielbiące Boga. Ja jednak wiedziałem, że oto wydarzyło się coś niezwykłego i od pierwszego momentu czułem niezwykły pokój. Wiedziałem, że cokolwiek się wydarzy, mój Zbawiciel mnie nie opuści – przecież sam mi to obiecał.
Nie od razu to zauważyłem, ale moje życie zaczęło się zmieniać. Ze zdumieniem obserwowałem jak rzeczy, które były dla mnie “fundamentalne”, stawały się niczym “pył na wietrze”. Bóg zmieniał moje pragnienia i motywacje. Oczywiście nie znikły z mojego życia wszystkie problemy. W Chrystusie jednak wciąż odnajduję chęci i siłę, by się z nimi mierzyć.

Szybko zaczęła rosnąć we mnie chęć poznawania Boga poprzez regularne czytanie Jego Słowa. Wciąż odkrywam Je na nowo, a Ono procentuje we mnie.

Nie “złapałem Pana Boga za nogi”. Ale odnalazłem Jego nieopisaną miłość. Wciąż jestem niedoskonały. Ale on zawsze wybacza moje błędy i wciąż mnie zmienia. Wiem, że moje życie wcale nie musi być usłane różami, ale wiem też, że wszystkim przeciwnościom mogę stawić czoła w Chrystusie. Ale przede wszystkim moje życie w końcu posiada sens i cel – oba zawierają się w osobie Jezusa Chrystusa.