Wspomnienie

rozaniecSłońce dopiero wstawało. Leniwie wynurzało się zza horyzontu, by kolejnego dnia dał nam trochę radości. Nie zawsze udawało mu się przedrzeć przez kłęby chmur, które niejednokrotnie zapowiadały deszczowy dzień. Byliśmy jednak cierpliwi. Gdy świeciło – cieszyliśmy się z pięknego nieba, gdy padało – śpiewaliśmy :”to szczęśliwy dzień, dziękuję Bogu za pogodę…”.
Nie zawsze miałam ochotę wielbić Pana za fakt, iż jestem cała mokra i z zimna nie mogę utrzymać różańca w ręku. Co to za modlitwa, gdy myśli się tylko o zmianie mokrych skarpetek na suche i sandałów na ciepłe kapcie. Wtedy uświadamiałam sobie, że może jest to właściwy moment, by popracował trochę nad swoją pokorę, której tak bardzo wciąż mi brakuje. Właśnie w tak pięknej, często nieprzewidywalnej aurze podążaliśmy do tronu Mamy.

Tym razem wszystko było nowe. Każda sytuacja, w której znaleźliśmy się, każdy napotkany na trasie człowiek. Zaczynaliśmy jak to małe dziecko, które dopiero uczy się raczkować, a którego upadki są nieuchronne. Każdy dzień był jedną wielką niewiadomą. Sami, wstając rano, nie byliśmy pewni czy będziemy mieli wieczorem szansę na miskę z wodą i kawałek podłogi. Wiadomo, że zawsze znajdą się tacy, którzy narzekają. Budująca była dla mnie jednak postawa pątników, którzy wspominali „stare czasy”. Wtedy to pielgrzymi spali tylko w stodołach, remizach, pod tak zwaną przysłowiową „chmurkę” i nikt nie miał do nikogo pretensji, bo przecież pielgrzymka powinna mieć charakter pokutny. Obcowanie z tymi ludźmi dało mi tak wiele! To od nich nauczyłam się, że narzekanie nie jest najtrafniejszym sposobem na przeżycie tych jedenastu dni. Jest ono jedynie obciążaniem siebie i bliźniego. Jest po prostu zbędnym ciężarem, który można łatwo i skutecznie wyeliminować. Tak też uczyniłam!

Każdego dnia budziłam się ze świadomością, że Mama jest już coraz bliżej. Myśl ta napawała mnie radością i niesamowitym optymizmem. Z drugiej strony przerażała mnie moja znieczulica. Nie potrafiłam dostrzec JEJ obecności. Było tak wiele spraw, które trzeba było jeszcze dopełnię. Nie mogłam pozwolić sobie na to, by razem z grupę przejść wszystkie etapy i w modlitwie zawierzać ludzi i intencje jakie w sercu niosłam. Wiedziałam, że inni na mnie liczą i ufają, że po dojściu na nocleg zastanę w miarę godziwe warunki. Trasę pokonywaliśmy po raz pierwszy, więc przyznam, że zadanie nie należało do najłatwiejszych. Chwile zwątpienia Pewnie… towarzyszyły mi chyba każdego dnia. Zastanawiałam się czy Pan Bóg nie pomylić się stawiając mnie właśnie na tym miejscu. Może powierzyć mi zadanie przeznaczone dla kogoś innego. A może to być taki Jego mały żart. Zapewne patrząc na mnie z góry ma niezły ubaw. W mojej głowie były różne, często cyniczne myśli. Ale ON wiedział co robi! Przesycić całą pielgrzymkę godzinkami, różańcem, koronkę i pewnie dzięki temu każdego dnia regenerowałam swoje siły. Często jednak marzyłam o chwili, w której będę mogła został sam na sam z Jezusem, by wszystko Mu oddać. „W Moich ranach uzdrowienie”. Chciałam rzucić się w Jego ramiona! Tęskniłam za prawdziwą modlitwą. Taką cichą i pokorną. Brakowało mi wyciszenia. Czasem moja hierarchia wartości spychała Pana Boga na drugie miejsce. Mimo tego wszystkiego, mimo przedmiotowego traktowania osoby samego Boga doznałam łaski. Był nią uśmiech! Tak, po prostu zwyczajne ciepłe spojrzenie jakie mogłam ofiarował drugiemu człowiekowi. Przez ten cały czas starałam się podnosić na duchu tych, którzy się już nie mieli. A Pan Bóg… Jest niesamowity! Znasz człowieka, który by tak wytrwale przy Tobie podążać. Przecież tak bardzo Go raniłam każdego dnia.

Rzeczywiście, nie zawsze miałam okazje iść z Wami w tej wielkiej gorączce, gdy asfalt topię się pod nogami, a człowiek słaniać się na nogach. Sercem i myślami byłam jednak przy Was. Jedyne co mogłam Wam później ofiarować to właśnie uśmiech. Sama otrzymywałam go każdego dnia i wiem jakę ma on siłę! Potrafi góry przenosić i sprawia, że życie staje się piękniejsze! Dziękuję.

Zobacz też inne historie na www.drogowskazy.edu.pl.